Karol Kilijanek: Braun nieprzenikniony

Grzegorza Brauna można określić rozmaicie: jest elokwentny, nieobliczalny, kontrowersyjny, błyskotliwy etc. Posiada on także tę właściwość, że łączy sprzeczności, a czasem nawet przeczy łączności. Taka mieszanka, szczególnie w czasach, kiedy ludzi lepiej nie pytać co myślą, powoduje, że można mu przyczepić dowolną łatkę i uda się to zadowalająco uzasadnić.

Grzegorz Braun jest wciąż jeszcze jednym z liderów Konfederacji Wolność i Niepodległość. Napisałem „wciąż jeszcze”, ponieważ po błyskawicznym spacyfikowaniu Janusza Korwin-Mikkego przez liberalne młodsze wilki, następny w kolejce jest właśnie Braun. Być może jednak rozliczne talenty uratują Brauna przed losem starego Korwina? Nie wierzę w to, ale, jak mawiają Rosjanie: „pożywiom – uwidim”.

Fenomen Brauna w czym innym jest jednak jaskrawo widoczny już teraz i bez nużącego czekania. Kto chce, może się o tym przekonać, analizując jego poglądy deklarowane kiedyś i teraz oraz praktykę, która z tego wynika. Jeszcze przed rokiem 2015, kiedy to pierwszy raz kandydował w wyborach na prezydenta Polski, trudno byłoby znaleźć w przestrzeni publicznej ostrzejszego i bardziej przenikliwego krytyka demokracji niż Grzegorz Braun. Czy znalazłby się choć jeden wykład czy wywiad, w którym nie usłyszelibyśmy o jego stosunku do Kościoła katolickiego? Czy wreszcie nie on sam nawoływał do ogłoszenia Chrystusa Królem Polski oraz do gromadzenia się pod sztandarem Pani Gietrzwałdzkiej dla podniesienia Rzeczypospolitej z upadku, którego miarą było określenie Polaków, „narodem z resztek”? Taki to był ów dawny Braun, którego słuchało się „z otwartą gębą”, który nie ustępował, który rozumiał, zaskakiwał i trwożył. Można go było nienawidzić, należało kochać, ale nade wszystko było się zniewolonym do podziwiania go.

Ileż zostało ze starego Brauna po 8 latach obracania się w polityce, a nie tylko w jej orbicie, w której krążył, jako komentator i krytyczny recenzent? Oto Braun, czy z nieświadomości, czy z dobrej woli, czy z naiwności wszedł 4 lata temu w projekt zwany Konfederacją. Chciał być katolickim skrzydłem tej partii, jak deklarował. Jeśli potrzebowała ona „katolickiego skrzydła”, wiemy już, że katolicką nie była. Była liberalna. I tak widzimy Brauna lekceważącego swoje własne rady dawane światu: nie wchodzić do polityki bez zaplecza, nie liczyć, że w wyniku procedur demokratycznych będzie Polska „od pierwszego”, nie myśleć, że nawet jeśli się Polskę jakimś cudem odzyska w systemie demokratycznym, to zdoła się ją utrzymać, że władza powinna uznać Chrystusa Królem Polski etc. Braun zaplecza nie miał i nie ma. Zanurzył się w demokracji tak głęboko, że już go spod niej nie widać i oby się nie okazało, że za jakiś czas sięgnie jej dna. O królowaniu Chrystusa świecie liberałów mowy być nie może, choć na osłodę dostał od Mentzena i Bosaka podpis na akcie Konfederacji Gietrzwałdzkiej. Braun znalazł się w potrzasku polityki rozumianej jako sztuka zdobycia i utrzymania władzy, a nie jako roztropne dążenie do dobra wspólnego. Zdeklarowany obrońca cywilizacji łacińskiej, dał się wciągnąć w obcą tej metodzie życia społecznego „partiokrację”. Oto łączenie sprzeczności, które nie może zbudować niczego trwałego i zaprzeczanie łączności przyczyny ze skutkiem. Tej mianowicie przyczyny, którą jest socjalistyczny utopizm liberałów ze skutkiem w postaci sztucznego podziału na partie polityczno-ideologiczne, mogącego kryzys cywilizacyjny tylko pogłębić, ale nigdy przezwyciężyć.

Braun rozwodniony i rozmieniony na drobne nie jest już dawnym herosem realizmu politycznego. Dostosował się do poziomu, panującego w polskim życiu politycznym a którego z szacunku dla Brauna nie obdarzę żadnym dodatkowym epitetem. Czy za drogą obraną przez prezesa Konfederacji Korony Polskiej stoi jakiś głębszy zamysł, który trudno odkryć? Oby tak było. Braun wybiegł ze swoją nową twarzą tak daleko i w tak niespodziewanym jeszcze kilka lat temu kierunku, że jego przeszłość zaniechała już pościgu. Nowy Braun liczy na demokrację, wspiera liberałów oraz trwoni czas i siły na budowanie wykwitu socjalizmu, czyli partii politycznej, która nie tylko nie pomoże ideom przez niego głoszonym, ale upadając ośmieszy je i pogrzebie, uniemożliwiając ich owocne wykorzystanie. „I bywają ostateczne rzeczy człowieka onego gorsze niźli pierwsze.”1

1 Mt 12:45.

Autor: Karol Kilijanek

Dodaj komentarz