Karol Kilijanek: Kac po święcie demokracji

Wybory, wybory i po wyborach. Duża, jak na Polskę, frekwencja, zmiana rządu wisi w powietrzu, nowe koalicje dojrzewają w ogniu walki o stanowiska do rozdania, wpływy do osiągnięcia, pieniądze do zarobienia. Nic nowego. A co z tymi, którzy mieli do polskiej polityki wprowadzić coś, czego dotąd nie było?

Konfederacja, reklamująca się jako nowa jakość w polskiej polityce, miała osiągnąć sukces wyborczy, być języczkiem u wagi przy tworzeniu nowego rządu i wywrócić stolik, przy którym tłuste koty wygrzewające się w polskim Sejmie rozdzielały co smaczniejsze kąski miedzy sobą. Cóż, stolik jak stał, tak stoi, a Konfederacja szuka winnych porażki, której upiera się nie nazywać porażką. Kozłem ofiarnym stał się Janusz Korwin-Mikke, który miał być według liderów Konfederacji, jednym z głównych winowajców. Jego wypowiedzi, zwane „protokołem 1%” podobno zraziły wyborców Konfederacji. Stary liberał z pewnością nie ułatwiał pracy pozostałym, ale publiczne narzekanie na niego i zrzucanie winy za obranie przez sztab wyborczy Konfederacji błędnej, centrowej drogi to spore nadużycie. Tak czy inaczej Korwin-Mikkego już się pozbyli, a teraz, jak mówią niektórzy, pora na Brauna.

Grzegorz Braun jest, parafrazując Forresta Gumpa, niczym pudełko czekoladek – nigdy nie wiesz, co się trafi. Raz Braun w Gietrzwałdzie, to znowu w koalicji z liberałami. Tu modli się z tradycjonalistami, a tam wychwala pluralizm Konfederacji, widząc w nim wzór dla Rzeczypospolitej. Raz chce żeby władza uznała Chrystusa Królem Polski, to znowu wzmacnia partię, której kośćcem ideowym jest o ile nie wrogość do chrześcijaństwa, to przynajmniej typowo liberalny indyferentyzm (pomijam nic nie wnoszące i sprzeczne z codzienną praktyką deklaracje, jak podpisanie Konfederacji Gietrzwałdzkiej). Czy tolerowaniem tych sprzeczności chce utrzymać się w koalicji, nawet pomimo policzków wymierzonych mu podczas kampanii wyborczej? Być może. Ale może też być tak, że po prostu nie widzi w liberałach niczego, co przeczyłoby deklarowanemu przez niego stosunkowi do wiary katolickiej i postawy konserwatywnej.

Konfederacyjny tandemik Bosak & Mentzen zawiódł. Zdaje się, że pierwszą konstatacją po wyborach było uznanie, że możliwe jest wszystko, ale nie to, że to ich wina. Ilustracją tego jest lincz na Korwin-Mikkem. Słabe to, ale widać „zmentzony” lider Nowej Nadziei nie był w stanie zdobyć się na nic więcej. Krzysztof Bosak jest znacznie aktywniejszy w powyborczych analizach i wywiadach medialnych niż Mentzen. Zwraca uważne na przyrost liczby głosujących na Konfederację. Czyni z tego swoistą propagandę sukcesu, mówiąc, że trudno wynik tych wyborów uznać za porażkę Konfederacji. W wywiadzie dla Rzeczpospolitej1 twierdzi nawet, że przewrócono ów stolik, o którym mowa była w czasie kampanii. Żart jest dobry na raz, więc mam nadzieję, że więcej go nie powtórzy.

Sam Mentzen w jednym z wywiadów tuż po wyborach przyznał, że wynik Konfederacji jest jego wielką, osobistą porażką. Cóż, porażka każdemu może się przytrafić, ale czy naprawdę musiał to zamieniać w blamaż, pozwalając na tak niskich lotów atak na Korwin-Mikkego? Czy musiał wiązać sobie u nogi kamień zwany Wiplerem, który niechybnie pociągnie go na dno polityczne? Z towarzyszami sejmowej doli w osobach Wiplera czy Tumanowicza, najlepsze, co może osiągnąć popularny w mediach społecznościowych „Memtzen” to koalicja z jedną z większych partii. Celowo nie wymieniam tu żadnej nazwy, ponieważ liberał może dogadać się z każdym z pozostałych odłamów socjalizmu – czy to z pisowskim socjalizmem w narodowym sosie, czy z socjalizmem w mocno rozwodnionym sosie liberalnym, w którym pływa KO. W końcu to jedna i ta sama utopistyczna rodzina oportunistów, chcących zbawić człowieka idealnym państwem, idealną gospodarką, idealną wolnością.

Kac powyborczy, objawiający się u Mentzena samokrytyką, a u Bosaka uporczywym wciskaniem na nos różowych okularów, aby ożywić nieco szarość Konfederacji, odbije się nie tylko na Korwin-Mikkem. Konfederacja od początku i nierozłącznie związała się ze swoistą treścią, której zmiana musi pociągnąć za sobą konsekwencje. Ich pierwszym objawem był poniedziałkowy ból głowy, który Bosak próbuje zagadać („merytorycznie”, rzecz jasna), a Mentzen przemilczeć. Obawiam się, że to jednak o wiele za mało. Jeśli ktoś nie widział zaczątków końca Konfederacji już podczas jej formowania i wciągania do niej sił o przeciwstawnych poglądach, to teraz powinien widzieć skutki tego błędu założycielskiego w pełnej krasie. Zjazd po równi pochyłej nabiera tempa.

1 https://www.youtube.com/watch?v=2UFcbrc4L7g Pozyskane 20.10.2023.

Autor: Karol Kilijanek

Dodaj komentarz