Karol Kilijanek: PJJ i brakujące procenty Konfederacji

Odkąd partia Polska Jest Jedna (PJJ) pojawiła się na scenie politycznej, od razu stała się antagonistą Konfederacji Wolność i Niepodległość. Celowanie do elektoratu o podobnych poglądach powodowało, że te dwie partie albo się połączą, albo będą sobie przeszkadzać. PJJ wybrało tę drugą opcję, pomimo propozycji dołączenia do Konfederacji, wystosowanej przez Grzegorza Brauna w czasie debaty z Rafałem Piechem, liderem PJJ. Czy słusznie?

Podczas szukania winnych porażki Konfederacji w wyborach, zwracano uwagę na przejęcie przez PJJ części wyborców Konfederacji. W niektórych przypadkach, kiedy zdobycie mandatu lub jego brak zależał od kilkuset głosów, to naprawdę mogło mieć znaczenie. Summa summarum, PJJ zdobyło nieco ponad 1,5% głosów, a Konfederacja ma mniej posłów niż (przy pewnych założeniach) mogłaby mieć, gdyby nie obecność PJJ. Zyskał PiS, PO i reszta. Czy jest zasadnym w tej sytuacji „wieszanie psów” na Rafale Piechu, założycielu PJJ i insynuowanie mu celowego osłabiania Konfederacji na korzyść PiS-u? Sądzę, że te przypuszczenia – prawdziwe czy nie – nie mają wielkiego znaczenia dla Polski. Mogą je mieć jedynie dla Konfederacji i PiS-u, ale nie dla dobra wspólnego. Oskarżenia rzucane w stronę PJJ także nie są takie oczywiste. Rozważmy to pokrótce.

Pretensje Konfederatów

Działacze Konfederacji jak jeden mąż w czambuł potępiają „postępek” prezydenta Siemianowic Śląskich Rafała Piecha, polegający na samodzielnym starcie jego partii w wyborach parlamentarnych. Wytyka się mu nie tylko współpracę z PiS-em czy insynuuje planowanie koalicji z Suwerenną Polską, ale także rzekome dochody uzyskiwane z pracy w spółkach skarbu państwa czy utrzymywanie reżimu covidowego na podległym mu terenie. Piech jest be! Jednak ci sami krytycy nie mieliby nic przeciwko niemu, gdyby przyłączył się do Konfederacji! W czasie debaty Braun – Piech, taka propozycja padła z ust Grzegorza Brauna, ale została od razu odrzucona przez lidera PJJ. Gdyby podjął współpracę z Konfederacją WiN, byłby „jednym z nas”, patriotą, wolnościowcem, prawicowcem, a tak, pozostaje jedynie rozłamowcem i współwinnym klęski partii Mentzena i Bosaka. Łaska pańska na pstrym koniu jeździ!

Tak członkowie Konfederacji – jak i ludzie z tzw. „prawicowego środowiska” – wyliczają, używając konkretnych przykładów, ile straciła Konfederacja na obecności partii Piecha w wyborach. I, zdaje się, nie traci ona po raz ostatni, bo Piech już zapowiedział przygotowania do wyborów samorządowych i rozbudowę struktur lokalnych PJJ. Takie podejście do sprawy musi zakładać, że Konfederacja jest jedyną liczącą się siłą polityczną, na którą mogą głosować osoby o poglądach przypominających te konserwatywne. Ale czy to prawda? Wszak Konfederacja WiN to w przeważającej części liberałowie a w reszcie ludzie, którzy w liberalizmie nie tylko nie widzą nic złego, ale jeszcze sądzą, że może on współpracować w odbudowie narodu na zasadach cywilizacji łacińskiej z katolikami, co jest już zupełnym kuriozum. Czy taka partia jest na pewno właśnie tym, o czym marzy katolik?

Ciekawe, że Konfederacja, szukając winnych swojej porażki wyborczej, spogląda raz na Janusza Korwin-Mikkego, którego uczyniono ofiarą gorszącego korowodu oskarżeń w jak najgorszym stylu, raz na Piecha, który nie przyłączył się do „prawicowej jedności”, lecz nie jest w stanie dostrzec błędów Mentzena, Bosaka, Tumanowicza, Wiplera… Czy piwo z Mentzenem dodało Konfederacji powagi i pokazało, że tak trzeba żyć? Czy „merytoryczne” tyrady „złotoustego” Bosaka nie zaczęły przypominać jedynie paplaniny innych uczestników politycznej przepychanki? Czy chowanie Brauna w przysłowiowej już „szafie” nie kwalifikuje się pod jakiś partyjny czy kampanijny paragraf? A dopuszczanie aborcji przez Wiplera i w ogóle jego pojawienie się w Konfederacji nie jest „strzałem w kolano”? Mając te i wiele więcej problemów we własnych szeregach, liderzy Konfederacji powinni zająć się sobą, a nie szukać „kozła ofiarnego” w innych partiach. Uważanie się za jedynych, ostatnich, czy, o zgrozo!, najlepszych, na jakich stać Polskę, jest ciężkim błędem.

Odebrano Konfederacji katolików

Szczególnie w kręgach, które nie wstydzą się wiary, pojawia się opinia, że Piech spowodował odpływ wyborców katolickich od Konfederacji. Warto sobie zadać pytanie, co takiego katolik może widzieć w Piechu, czego nie zobaczył w Konfederacji? Czy może to być, przynajmniej nominalne, odrzucenie współpracy z liberałami, którzy wielokrotnie potępiani przez Kościół, będący grabarzami cywilizacji łacińskiej i głoszący hasła biegunowo różne od katolickich, zajmują naczelne miejsce w Konfederacji? A może chodzi o nowe nabytki koalicji, jak Wipler? A może to fatalny układ tej skleconej z kilku niekompatybilnych ideowo części, mogących współdziałać jedynie dzięki tak głębokiemu rozmyciu własnej tożsamości, że właściwie trudno już odróżnić jedną od drugiej? Układ ten zakłada przecież najmniejszą siłę decyzyjną dla katolickiej części Konfederacji, czyli dla Korony Brauna. Dlaczego katolik miałby głosować na partię, w której głos katolicki ledwo przedostawał się przez mocno zatrzaśnięte drzwi szafy, w której przez całą kampanię siedział Grzegorz Braun? Piech mówił wprost o wierze, o Bogu, o Kościele. Pomijając jego błędną narrację, mającą przypominać katolicką, a w rzeczywistości błądzącą w okolicach emocjonalnego fideizmu, stwierdzić należy, że jeśli przeciętny katolik chciał obecności swojej wiary w publicznej przestrzeni, to mógł bardziej liczyć w tej kwestii na Piecha, a nie na Brauna. Czy widząc bezkrytyczną postawę Brauna wobec związku z liberalnymi wrogami cywilizacji łacińskiej i wiary katolickiej, katolik miałby na niego głosować? W imię czego? Zwiększenia siły Korony, która, zgodnie z deklaracjami jej liderów, będzie lojalnie pracować na rzecz Konfederacji? Chyba po to tylko, aby ta przy okazji kolejnych wyborów mogła wyjąć Brauna z szafy tylko w jednym celu: aby wyrzucić go na śmietnik, jak to zrobiono z Korwin-Mikkem? Perspektywa iście zachęcająca!

Jak jest?

Piech, jak twierdzi, chce tworzyć „czystą siłę” w polityce. Niestety, z jego wypowiedzi wynika, że przyjmuje sofistyczną definicję polityki, jako zdobycia i utrzymania władzy. Bezrefleksyjnie wkracza w socjalistyczny paradygmat partiokracji w jego odmianie liberalnej, zakładającej wielopartyjność, jako formułę sprawowania rządów. Nie ma to nic wspólnego ani z cywilizacją łacińską, ani z dbaniem o dobro wspólne, co dobitnie wykładał w swoich pismach i wykładach prof. Henryk Kiereś. Piech więc stoi na tym samym błędnym gruncie, co Konfederacja. Zakładając swoją partię, wiedział, jak wygląda sytuacja polityczna w Polsce. Podobnie, wbrew temu, co czasem wygadywał o spodziewanym wyniku oscylującym w granicach 15-20%, a co brzmiało jak słaby żart, musiał przewidzieć, że jego start w wyborach nie może dać mu wyniku, który odmieniłby polską scenę polityczną. Tragikomedia, którą się na niej odgrywa, nie zawiera w scenariuszu nieprzewidzianych scen. Nawet gdyby któryś z komediantów zapomniał swojej kwestii, to sufler zawsze czuwa i nie pozwoli mieć wątpliwości, co do wygłaszanych kwestii. Odmawiając połączenia się z Konfederacją, Piech mógł stworzyć na swój sposób „czystą” siłę, ale zawsze jednak zbyt słabą, aby móc zaistnieć politycznie. Jego ruch musiał w rezultacie założeń systemu liczenia głosów w Polsce, wspomóc partie, które dotąd prowadziły kraj od złego do gorszego. Czy miał prawo do takiego ruchu? Oczywiście – i liberałowie powinni być pierwszymi, którzy to przyznają. Niestety, nietrafiona krytyka PJJ zapuszcza się tak daleko, że wyśmiewa się „czyste sumienie”, które miałoby być zachowane, mimo wyborczej porażki. YouTubowi wieszcze grzmią: w imię spokoju sumienia, osłabił Konfederację! Zamiast pokazać, że jego wątpliwości nie mają podstaw.

Krytykowanie ruchu Piecha może być uzasadnione tylko jednym założeniem: że Konfederacja jest tym, czego potrzebuje Polska. Jest to założenie nie do utrzymania, więc i postawa Rafała Piecha i partii Polska Jest Jedna nie powinna podlegać krytyce wyrażonej w sposób, z którym obecnie konfrontowani jesteśmy w polskiej przestrzeni publicznej. Kto, wobec ostatnich zachowań liderów Konfederacji i promowania osób pokroju Przemysława Wiplera, może zagwarantować, że Mentzen i Bosak nie połączyliby się z PiS-em, mając wystarczająco dużo posłów do utworzenia koalicji rządzącej? Kto uwierzy w to, że liberałowie oparliby się naciskom służb, zarządzanych przez ostatnie 8 lat przez PiS i utrzymaliby stanowisko, które dało im poparcie w czasie wyborów? Wśród wyborców Konfederacji jest zbyt wielu niepoprawnych optymistów, widzących w wypowiedziach liberałów z Konfederacji treści, których tam nie ma. Tani realizm polityczny i bajanie o współpracy ponad podziałami są kolejnymi trąbkami, którymi chce się zagłuszyć prawdę o tym, o czym Grzegorz Braun mówił i pisał wielokrotnie, a o czym chyba ostatnio zapomniał: że nie da się odzyskać Polski w wyniku procedur demokratycznych. Dodam: tym bardziej z liberalnym garbem na plecach.

Autor: Karol Kilijanek

Dodaj komentarz