Pieniądze dzieci nie dają – problem dzietności w Polsce

Polskę trawi wiele problemów. Całe rzesze jej zbawców etatowych, dobrowolnych, samozwańczych, zastępczych i tych lepszych niż drudzy głowią się nad tym jak tu mieć Polskę od pierwszego. Gdyby poniosła nas fantazja i założylibyśmy chociaż na chwilę, że któryś z nich dopnie celu, należałoby zapytać o to, dla kogo właściwie wyratował on Polskę? Jak wielu Polaków będzie korzystać ze zbawiennych skutków jego patriotycznej pracy?

Główny Urząd Statystyczny podaje, że w roku 2022 urodziło się w Polsce tylko 305 tysięcy dzieci. Spadająca liczba urodzeń i ujemny przyrost naturalny jest stałą tendencją od lat. Do poziomu zanotowanego w ubiegłym roku dobiliśmy po raz pierwszy. Polska zmienia się i wymiera. Kobiety coraz później rodzą dzieci i mają ich coraz mniej. To nie są słowa, które mogą napawać optymizmem – to raczej scenariusz horroru, na którego końcu po Polsce hula już tylko wiatr. Czy to stan nieodwracalny? Może świadomość problemu przebudzi polskie rodziny? Może rządowe programy socjalne zachęcą rodziców do powiększania swoich rodzin? Czy możemy liczyć na pomoc Kościoła w uświadomieniu młodym Polakom, że jeśli oni czegoś nie zmienią, to niedługo zupełnie na serio będą mogli uważać się za unikaty?

Dawniej było lepiej

Do lat dziewięćdziesiątych, sytuacja nie wyglądała tak źle. Rodziło się dużo więcej dzieci. I przyrost naturalny był jeszcze dodatni. Im bliżej XXI wieku, tym mniej Polaków w Polsce.

Im życie łatwiejsze, stabilniejsze, nowocześniejsze, tym mniejsza ilość ludzi pojawia się, aby z niego korzystać. To paradoks, a gdy na horyzoncie pojawiają się paradoksy, a to niezawodny sygnał, że na scenę za chwilę wkroczy coś lub ktoś, kto nie liczy się z rozsądkiem. No bo jak to możliwe, że w Polsce dobrobytu, zamiast rodzić się więcej dzieci, rodzi się ich coraz mniej?

Co i rusz pojawiają się nowe i dostosowane do panującej sytuacji wyjaśnienia spadku przyrostu naturalnego. Kiedyś mówiło się o braku przedszkoli i żłobków, braku pomocy socjalnej, niskich dochodach młodych rodzin, braku mieszkań. Wszystko to prawda – tak było. Przyszli jednak zbawcy narodu i zmienili (niektórzy mają czelność mówić, że naprawili) sytuację. Oto, żłobki i przedszkola powstają, mieszkania się budują, a dodatki socjalne działają doskonale – na wyniki wyborów. Jak tu się nie cieszyć? Z pewnością każdy, mający mniej niż ja z typowego Polaka-kłótnika i malkontencko nastawionego przeciwnika obecnej polityki, powiedziałby, że jest dobrze, a będzie lepiej. Ja jednak pozwolę sobie stwierdzić, że jest źle, a będzie jeszcze gorzej. Osłabiające rodziny przedszkola, których i tak nie ma wystarczająco, niedługo zaczną się zamykać z powodu braku dzieci. Mieszkania to kredytowe pułapki dla optymistów, sądzących, że dadzą radę przez 30 lat spłacać ustaloną obecnie ratę – i że ona nie wzrośnie, a pieniądze z zapomóg socjalnych – poza innymi licznymi wadami – wspomagają konsumpcjonizm i tak już mocno ideologicznie obrobionych pokoleń w wieku rozrodczym.

Dzieci nie ma. I nie będzie.

Ojciec profesor Krąpiec w jednym ze swoich wywiadów1 powiedział, że gdyby przekazywanie życia miało zależeć tylko od rozumu, to niewielu by się znalazło, którzy chcieliby założyć rodzinę. Nie można odmówić słuszności słowom tego wybitnego filozofa z Lublina. Nie chodzi jednak o to, że na rodzinę decydują się tylko głupcy, ale że natura ludzka wymaga dodatkowych elementów, które pomogą rozumowi poruszyć wolę do działania. Człowiek jest istotą, która tworzy kulturę i także ona, jako owoc ludzkiej pracy nad naturą, odgrywa niebagatelną rolę w każdym aspekcie życia człowieka – również w rodzinie. Dotąd mimo wszelkich trudności gospodarczych i historycznych, dzieci w Polsce rodziły się. Nie przeszkadzał brak pracy, pomocy socjalnej czy mieszkań. Co się stało, że w ciągu trzydziestu lat sytuacja zmieniła się tak diametralnie?

Rozważający kwestię dzietności z nieco innej perspektywy, zwracają uwagę na gwałtowne przemiany społeczne ostatnich dekad XX wieku, które miałyby mieć decydujący wpływ na zmianę obrazu rodziny, a więc i społeczeństwa. Nastąpiło, jak mówią, wyzwolenie kobiety. Kobiety miałyby wyemancypować się spod władzy męża i nieznośnego nacisku społecznego, które kazały im wcześniej rodzić dzieci i gotować, a przez to uniemożliwiały spełnienie innych, a odważniejsi mówią nawet o „wyższych” aspiracjach. Te przesądy opierają się na błędnym oglądzie rzeczywistości oraz życzeniowym i nazbyt uproszczonym myśleniu, wykorzystującym schematy podrzucone przez media i konstruktorów obecnego ładu społecznego. Eksploatowanie kwestii emancypacji pewnych uciskanych grup, czego egzemplifikacją jest bajka o ucisku, a potem wyzwoleniu kobiet, wyszła już światu bokiem w postaci ekscesów komunistycznych. Obecnie, to samo przetrawione przez szkołę frankfurcką z przyległościami, bokiem wychodzi także nam. Od czego więc kobieta się wyzwoliła i do jakiej wolności doszła? Zamiast pracować w domu, uważając to za swój podstawowy obowiązek, i w miarę możliwości pomagać utrzymać rodzinę pracą zawodową, kobieta teraz przede wszystkim pracuje zawodowo, próbując wcisnąć kwestie domowe gdzieś pomiędzy wymogi szefostwa, a miłość do rodziny. Kwestią indywidualną dla każdego przypadku pozostaje, czy rodzina mogłaby się trzymać z pracy ojca. Nawet, gdyby tak było, konsumpcjonizm, wygodnictwo i pogoń za najgłupszymi modami nie pozwolą na to, aby żona dla dobra rodziny pozostała w skromnym domu, utrzymywanym tylko przez męża. Co do rozwoju osobistego (w sensie kształcenia się), który też mógłby mieć wpływ na dzietność, należy rozważyć kilka spraw. Czy katastrofalny stan polskiej edukacji pozwala na rozwój czy tylko na zaliczanie kolejnych szczebli różnych szkół? Czy odkąd spada przyrost naturalny (przyjmijmy to za punkt węzłowy zmiany polegającej na większej samorealizacji kobiet) da się zauważyć jakiś pozytywny intelektualny ferment, mogący mieć związek z długim kształceniem się kobiet, czy raczej kulturowy regres? Czy można zaryzykować tezę, że zmiana obrazu rodziny, zmiana społecznej roli kobiety nie tylko nie ma pozytywnego wpływu na kulturę, ale w dodatku jeszcze ciągnie za sobą tragiczne następstwa w postaci osłabienia rodziny i braku przyrostu naturalnego?

Poprzedni akapit mówił wiele o zmianie stylu życia kobiety, ale równie ważna jest też zmiana paradygmatu męskości. Chyba wszyscy dostrzegamy epidemię zniewieścienia mężczyzn, którzy doskonale potrafią zadbać o swój wygląd, ale nie są w stanie zapewnić kobiety o swej stałości i wziąć za nią odpowiedzialności, pozwalającej jej poczuć się bezpiecznie. Czy można się dziwić, że kobiety, spotykając na swojej drodze infantylnych mężczyzn, zajmują się raczej zawodem lub kształceniem niż myśleniem o rodzinie? Na czym mają oprzeć się i jak mogą myśleć o wychowaniu dzieci, widząc trzydziestolatka z dokładnie podciętą brodą, myślącym w perspektywie, najdalej, kilku kolejnych tygodni i wciąż niewiedzącego, czego chce od życia poza przyjemnościami?

Wielu wskazuje też na kwestie finansowe, które miałyby odgrywać decydującą rolę. Pisząc już kiedyś na ten temat, porównałem dzietność biednego Nigru (6,89) z dzietnością w bogatych Niemczech (1,53). Widać tu jak na dłoni, że pieniądze dzieci nie dają. Stąd, zupełnie chybione są zasiłki, mające, zgodnie z rządową propagandą, pomóc rodzinom decydować się na większą ilość dzieci. Tuż obok przyczyn finansowych, miałyby leżeć inne, jak brak mieszkań czy ich wysoka cena. Gdyby to było decydującym czynnikiem, to dlaczego rodziny mające własne, duże domy nie wychowują większej ilości dzieci?

Kolejnym elementem układanki może być upowszechnienie aborcji i masowa dystrybucja środków antykoncepcyjnych. Obydwa problemy są poważne i tu z pewnością znaleźlibyśmy jeden z filarów, na których opiera się stan polskiej demografii. Jednak, tak antykoncepcja, jak i zamordowanie własnego dziecka nie jest działaniem podejmowanym od tak. Tak skrajne zaprzeczenie naturze musi kryć za sobą coś, co popycha ludzi do takich kroków. Jak głęboko zaburzony musi być obraz rzeczywistości u osób, które stosują wspomniane metody? Osoby takie nie mogą rozpoznawać w dziecku człowieka, drugiej osoby, bo inaczej tylko krańcowe zepsucie mogłoby spowodować posunięcie się do zamordowania własnego, nienarodzonego jeszcze potomka. Ci, którzy się na to decydują, muszą mieć spaczone pojęcie tego, co stało się ich udziałem i w jakim stanie się znajdują. Na dominację absurdu nad rozsądkiem, pracują całe pokolenia propagandystów nowego porządku świata. Niestety, wiele da się wmówić człowiekowi. Podobnie jest ze sprawą antykoncepcji, która traktowana jest dzisiaj, jako coś zupełnie naturalnego. Oto zaprzeczenie naturze na poziomie fizycznym (zapobiegnięcie naturalnemu rezultatowi aktu płciowego) i duchowym (błąd poznawczy, upatrujący cel aktu w stanie zaprzeczającym jego własnej naturze) uważane jest za drogę do wolności i szczęścia.

Powoli zbliżamy się do sedna problemu. Nie pieniądze, nie mieszkanie, nie chęć kształcenia i zamiany niewoli domowej na niewolę zawodową powoduje katastrofalnie niski stan przyrostu naturalnego w naszym kraju. Jest to ni mniej ni więcej ideologia wtłaczana do głów Polaków oraz indolencja upadłej kultury, w której zasobach nie ma już wystarczających sił do obrony przed absurdami ideologii. Zgubne i żałosne połączenie liberalizmu z chęcią utrzymania polskiej neokolonii na poziomie konsumenta dóbr drugiej kategorii, produkowanych w metropolii. Piramidalny błąd, polegający na niezrozumieniu człowieka, którego chce się używać, zamiast działać na rzecz jego rozwoju osobowego w zgodzie z niezwykłą naturą daną mu przez Boga. Zamiast rozumieć człowieka i oddać mu sprawiedliwość, chcę się go wykorzystywać – użyć i zutylizować. Z celu, zrobić środek. Konsekwencje błędnej filozofii nigdy nie dają na siebie długo czekać. Odwrócenie ich zajmie z pewnością dużo więcej czasu – o ile w ogóle będzie to możliwe.

Może Kościół pomoże?

Polska w swej historii mogła liczyć na naprawdę niewielu przyjaciół. Właściwie jedynym niezawodnym pozostał Kościół katolicki. Może uda się znowu wyciągnąć ręce w jego stronę i uzyskać niezbędne wsparcie?

Nie. Tym razem Kościół nie pomoże i to nie tylko dlatego, że laicyzacja, a właściwie barbaryzacja społeczeństwa postępuje w tempie geometrycznym i już mało kto liczy się ze zdaniem tej Boskiej instytucji, jeśli nie zgadza się ono z ogólną narracją. Tym razem Kościół nie pomoże, bo nie chce. Co ma on do powiedzenia w sprawie dzietności, może się przekonać każdy młody katolik, odbywający nauki przedmałżeńskie, gdzie elementem obowiązkowym, nawet jeśli ani wykładowca, ani przygotowujący się do ślubu nie są tym tematem zainteresowani, jest tzw. NPR. NPR to skrót od Naturalnego Planowania Rodziny. NPR jest dopuszczoną w niektórych przypadkach przez Kościół naturalną metodą regulacji poczęć, wykorzystującą cykl hormonalny kobiety. Niestety, ktoś wymyślił, że nauka tych metod powinna stać się obowiązkowa dla wszystkich katolików, wyposażając młode małżeństwa w niezwykle skuteczną i darmową metodę zapobiegania poczęcia bez potrzeby zachowania wstrzemięźliwości seksualnej. Wobec szalejącej rozwiązłości naszych czasów nie można uznać, że Kościół stał się ofiarą nadinterpretacji metody, którą dopuszcza. Ucząc jej wszystkich i rozumiejąc obecny stan społeczeństwa, Kościół niestety wpycha młodych małżonków w labirynt wątpliwości i niedomówień, w którym pokusa uznania, że „to jeszcze nie czas”, „nie jesteśmy gotowi” itd. jest silniejsza niż zwykle i dla wielu zupełnie nie do odparcia. Mówiąc krótko, jest to dolewanie oliwy do ognia. Mało tego, NPR nauczany przez przedstawicieli Kościoła, jako coś normalnego, powoduje, że pokusa odsuwania poczęcia bez ponoszenia trudów związanych ze wstrzemięźliwością nie jest już traktowana jako pokusa, ale jako wyraz odpowiedzialności i dojrzałości.

Na szczęście jednak nie cały Kościół oszalał i symptomy otrzeźwienia widoczne są coraz szerzej wśród tzw. tradycjonalistów katolickich. Tworzą oni rodziny zdrowe i liczne, co z pewnością przyniesie pozytywne skutki w dalszej przyszłości, ale nie w czasie dającym realną szansę na odwrócenie obecnych trendów demograficznych.

Czy będzie happy end?

Świat tonie w seksie, a dzieci niedługo będą pokazywane w gabinetach osobliwości. Wygląda na to, że świat walczy z życiem, którego najjaskrawszym przejawem jest dziecko. Społeczeństwo łatwo jest wykoleić, ale posprzątanie tego bałaganu nie będzie już takie proste. Obecny stan dzietności nie tyle nie jest do naprawienia, co nikt nie chce w ogóle o tym nawet myśleć. Zasiłki na dzieci tylko pogarszają sprawę, dając ludziom, których nikt nie nauczył wartości rodziny, których kulturą jest konsumpcjonizm, pieniądze na kolejne rzeczy, które zastąpią im dzieci i pokażą, że posiadanie potomstwa raczej uprzykrzy niż osłodzi życie, uniemożliwiając korzystanie ze zgromadzonego dostatku.

Należy porzucić świat absurdów, do czego wzywał ojciec Krąpiec. Jedynym ratunkiem jest pozbycie się ideologii, demolujących życie duchowe Polaków. Drogą do obrony społeczeństwa przed ich wpływem jest odbudowa elity narodowej, której z kolei nie da się odtworzyć bez odpowiedniego kształcenia. Piramidalny błąd i zbudowana na nim niedola zagraża naszemu krajowi w stopniu, jakiego być może jeszcze nigdy w historii Polski nie doznaliśmy. Niech mnie oskarżą o czarnowidztwo, ale sadzę, że tym razem problemy Polski wcale nie muszą zakończyć się happy endem.

źródła:

http://swaid.stat.gov.pl/Demografia_dashboards/Raporty_predefiniowane/RAP_DBD_DEM_9.aspx

1 Refleksja nad sposobem ludzkiego działania https://www.youtube.com/watch?v=01vngheieB4

Autor wpisu: Karol Kilijanek

Dodaj komentarz